Adam Boniecki, 04.11.2017

Ksiądz Adam Boniecki o akcie samospalenia Piotra Szczęsnego

Ksiądz Adam Boniecki o akcie samospalenia Piotra Szczęsnego.

Ks. Adam Boniecki w rozmowie ze Stanisławem Skarżyńskim w najnowszym „Magazynie Świątecznym” Wyborczej mówi o znaczeniu aktu samospalenia Piotra Szczęsnego. Przypomina gest Jana Palacha z czasów komunistycznych; gest, który wstrząsnął światem. „Była to manifestacja tak niezwykle mocna, że do nikogo nie trafiały usiłowania propagandy, żeby sprowadzić to wszystko do szaleństwa, do stanu psychicznego”. Jest przekonany, że podobne jak wówczas – choć dzisiejsza władza ten gest Szarego Człowieka generalnie zignorowała – nie widzi wokoło zgody, aby jego zachowanie traktowano jako akt szaleństwa. – „Do mnie szybko dotarło, że on nie był fanatykiem ani szaleńcem. To nie było spowodowane przyczynami psychiatrycznymi, to był człowiek bardzo serio myślący” – mówi.

„Tak straszliwy protest musi uświadomić każdemu, kto posługuje się słowem i organizuje życie społeczności, jakie oddziaływanie na konkretnych ludzi mają wszelkie decyzje dotyczące państwa” – mówi ks. Boniecki. Dlaczego? To samospalenie bowiem widzi jako „protest człowieka osobiście zaangażowanego w sprawy, o których można powiedzieć, że są odległe od życia ludzi. […] Ale w tym, co on napisał, widać, że to dla niego nie było wcale abstrakcyjne”.  Ten straszliwy gest mówi, ilu ludzi zraniły zmiany polityczne – podkreśla. Przypomina o tym, że za tymi zmianami jest cierpienie ludzi, dla których to sprawy egzystencjalnie są ważne. Tymczasem rządzący działają w wymiarze makro. – „Mamy do czynienia z taką fascynacją skalą makro, że wymyka nam się z polityki wymiar personalistyczny, widzący człowieka”. Mówimy o słupkach sondażowych, statystykach, wielkich liczbach, PKB, modelach ustrojowych – „tu przesuwamy, tu zmieniamy pozycje w budżecie, manipulujemy na tej wielkiej mapie społecznej – a tam są żywi ludzie”. Tacy jak Piotr Szczęsny, którego – odpowiadając dziennikarzowi GW stwierdza ks. Boniecki – „zabiły zmiany w Trybunale Konstytucyjnym”.

 „Dla mnie to jest krzyk zwykłego człowieka, który każe nam zdać sobie sprawę, że to nie losy państwa są na naszej głowie, ale na naszej głowie są losy innych ludzi. Ludzi, którzy autentycznie cierpią nie dlatego, że coś mają osobiście do załatwienia w Trybunale Konstytucyjnym, ale dlatego, że mają poczucie, że im się walą rzeczy, które ku ich radości zaczęły się w Polsce wykluwać” – podkreśla. Jego gest mówi wiele istotnych rzeczy o roli opozycji, niesłusznie nazywanej „totalną”. Z jednej strony działanie Szczęsnego jest, zdaniem Bonieckiego, „manifestacją miłości ojczyzny”. – „To jest desperacki krok człowieka, który kocha Polskę, któremu nie było wszystko jedno. Jego krzyk zwraca uwagę, że ci, którzy dziś protestują, krytykują i zabierają głos, to nie są jacyś cyniczni gracze o władzę, ale ludzie, którym naprawdę, do cholery, zależy na ich kraju”. Z drugiej strony mówi o odpowiedzialności opozycji, która „wpada w przesadny ton w odmalowywaniu sytuacji w kraju. Przewidując to, co będzie, neguje to, co jest pozytywne w tym świecie, w którym żyjemy. Nie żyjemy w ustroju totalitarnym, więc nie stwarzajmy takiego pozoru”. Zdaniem Bonieckiego, „jeśli się zabieramy do krytykowania czegokolwiek w społeczeństwie, trzeba mieć szalenie dobrze ustawiony celownik, żeby trafiać w te rzeczy chore, które są rzeczywiście groźne, które niszczą”.

Działanie Piotra Szczęsnego ksiądz Boniecki ocenia bardzo ostrożnie. – „Targnięcie się na własne życie świadczy o straszliwym załamaniu. Nawet Kościół, który przez wiele lat, gdy nauka o człowieku nie była jeszcze rozwinięta, dyskryminował samobójców, mówiąc choćby, że nie ma dla nich pogrzebu kościelnego, dawno się z tego wycofał. Bo znawcy człowieka powiedzieli, że ktoś, kto dokonuje czynu samobójczego, jest w sytuacji tak krańcowej, że nie można go osądzać tak, jak się osądza człowieka w stanie równowagi. To jest cierpienie nie do wytrzymania”. Lecz czy reakcja jest adekwatna? pyta Skarżyński. „Mówiąc chłodno, nie ma sytuacji, że można powiedzieć: jedyną twoją adekwatną reakcją jest samospalenie. Ale w przypadku tego człowieka to było jedyne, co mu zostało. W jego subiektywnym rozumieniu, ale to trzeba uszanować. Żeby coś takiego zrobić, trzeba być najgłębiej przekonanym, że już nie ma innego sposobu, żeby obudzić współobywateli” – mówi Boniecki.

„Co się stało takiego, że umiemy już do siebie mówić tylko krwią?” – pyta rozmówca ks. Bonieckiego. – „To chyba pytanie kluczowe. To się nie stało, to narastało”. Jego zdaniem takim momentem kluczowym – inaczej niż sugeruje dziennikarz, przypominając katastrofę smoleńską – były pierwsze rządy PiS. „Oni wtedy zobaczyli, że można. Przedziwna koalicja z Lepperem i Giertychem, towarzystwo ni z gruszki, ni z pietruszki poskładane, z Jarosławem Kaczyńskim jako premierem było kuriozalnym widokiem. Ale myślę, że oni wtedy posmakowali władzy” – mówi Boniecki. – „To brzmi okropnie, ale ja sądzę, że instynkt władzy trwa w człowieku dłużej niż instynkt seksualny. To jest ta pokusa z Ewangelii” (i przytacza przypowieść o kuszeniu Jezusa mirażem władzy nad „wszystkimi królestwami”). Gdy dziennikarz przypomina, że „przecież odpowiedzią na zło jest jego przeciwieństwo, wezwanie św. Pawła: „Nie daj się zwyciężyć złu, ale zło dobrem zwyciężaj”, Boniecki odpowiada: „Obiektywnie ma pan rację. Ale subiektywnie, w jego przekonaniu najgłębszym, nie było innych narzędzi”.

Stanisław Skarżyński pyta: „Gdzie jest ten błąd w konstrukcji naszego życia publicznego, że spór nie wydobywa z ludzi tego, co najlepsze, ale niektórych prowadzi na skraj desperacji?”. W odpowiedzi ks. Boniecki mówi o desperacji. – „Sądzę, że do takiego stanu może człowieka doprowadzić poczucie, że cała opozycja, wszystkie głosy korygujące i inne propozycje są zupełnie bez znaczenia. My sobie tak możemy gadać! A potem przyjeżdża ten czołg i jedzie tam, gdzie miał jechać. I wtedy powstaje poczucie, że jesteśmy bezsilni. Człowiek inaczej myślący ma poczucie, że wali w gumową ścianę. Co z tego, że pójdziemy krzyczeć pod sąd albo na cześć prezydenta, który nie podpisał ustawy. Dogadali się jakoś w Belwederze i koniec końców nic z tego nie wyniknie” I przypomina: – „Podobne poczucie było w czasach upadku PRL. Że nic się nie da, bo machina komuny jest stalowa i sztywna. To pozbawianie podmiotowości było tak chamskie, że doprowadziło ludzi do zrywu w „Solidarności”.

Ks. Boniecki jest jednak powściągliwy w ocenianiu obecnej władzy. – „Ale ja tych ludzi u władzy nie podejrzewam o złą wolę” – podkreśla. – „To nie są pachołkowie i agenci Moskwy. Mają jakiś pomysł na zbudowanie Polski, ale umknęła im zdolność do zakwestionowania swojego pomysłu. U władzy nie są dziś cyniczne komuchy”. Podkreśla jednak, że chociaż wciąż od klimatu z czasów komunizmu jesteśmy daleko, ale „to odbieranie podmiotowości, to poczucie beznadziejności może być takie samo”. Jest zaniepokojony stanem opozycji, jej skłóceniem, niezdolnością do kompromisu. Tym, że w szeregach partii opozycyjnych nie widać nadziei, jaką dostrzega w ludziach, którzy schodzą się pod Pałac Kultury, aby uhonorować Piotra Szczęsnego („Dobrze, że ludzie się tam zbierają, zapalają znicze. Nadzieją i siłą są środowiska pozytywnie myślące. Wszędzie tam, gdzie się coś tworzy, gdzie się dzieje coś dobrego, gdzie się kształtuje świadomość i wspólnie myśli – jest nadzieja” – mówi). Tymczasem „z opozycją jest coś nie tak. To żałosne, jeżeli takiej drobnej rzeczy jak kandydata na prezydenta Warszawy nie mogą spokojnie zaproponować jednego (…). Nie najlepiej też jest – w jego ocenie – z polskim narodem. „Dobro wspólne? – pyta retorycznie.” Wszyscy sobie nim gębę wycierają” – stwierdza mocno. Dalej też nie pobłaża wadom: „My chyba nie jesteśmy zbyt mądrym narodem. Nie umiemy dopuścić sytuacji, że jak innym ludziom na czymś zależy, to ja z czegoś zrezygnuję, choćby z tego kandydata. Przecież nie trzeba w stu procentach mieć wszystkiego. To straszne, a mamy jeszcze kilka takich cech. Nie słuchamy się nawzajem. Zakładamy z góry, że wszystko, co powie ktoś z drugiej strony, od razu będzie złe. Malujemy te obrazy wrogów”. „Przecież w normalnym państwie człowiek czujący tak głęboką potrzebę zaangażowania mógłby zapisać się do partii albo stowarzyszenia i działać.  A patrzą na to też tacy ludzie jak Piotr – dopowiada dziennikarz GW. – „No właśnie! I widzą, że nic z tego nie będzie. Gumowa ściana. Po naszej stronie – to jeszcze przykrzejsze. Bo ludzie chcą mieć nadzieję, że ich zaangażowanie zostanie usłyszane, wzięte pod uwagę”. Właśnie dlatego „ten krzyk jest tak szalenie ważny. Pan Piotr krzyczy do tych, którzy mają wpływ na społeczeństwo. Że to nie społeczeństwo jest, ale ludzie, konkretni ludzie. On przejdzie do historii” – puentuje ks. Boniecki.

***

Ksiądz Adam Boniecki (1934) to marianin z arystokratycznej rodziny herbu Bończa, po wojnie wydziedziczonej z majątku. Redaktor senior „Tygodnika Powszechnego”, związany z pismem od połowy lat 60. Inwigilowany przez Służbę Bezpieczeństwa, w latach 70. zaangażował się we współpracę z opozycją. Był m.in. naczelnym „L’Osservatore Romano” i „Tygodnika Powszechnego”, generałem zakonu ojców marianów i bliskim współpracownikiem kardynała Wojtyły, a później Jana Pawła II (za: „wyborcza.pl).

Duchowny Wojciech Lemański wstydzi się bagatelizowania śmierci Piotra Szczęsnego.

koduj24.pl



Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>


  • RSS